RSS
niedziela, 11 sierpnia 2013
Taczki wujka Józka

Wujek Józek lubił zwozić ziemię. Ale nie miał odpowiedniego ekwipunku. Rodzina nie dała się namówić na kupienie mu jakichś pomocniczych narzędzi, uważali, że wujek Józek i tak sobie folguje, wydając za dużo pieniędzy na, ich zdaniem, niepotrzebne rzeczy. 

Jednak wujek Józek się z tym nie zgadzał. Kupował tylko to, co najpotrzebniejsze. Haki na rosomaki, opończe dla ryb na zimę, a także węgiel dla dzięciołów, aby w chłody miały czym palić w dziuplach. 

Pewnego razu w odwiedziny przyjechał szwagier wujka Józka. Na początku co on się nie narzekał na ceny płytek i kafli, armatury i kredensów. Szwagier wujka bowiem budował dom. Nie potrafił nad tym przejść do porządku dziennego. Wszędzie drożyzna, a tu trzeba sobie jakoś radzić. A poza tym należy dać żonie na fryzjera, manikiury, pedikiury, itd, aby w nowym domu dobrze się prezentowała. Kiedy się już jednak poużalał nad swym losem, zauważył, że wujek Józek ma smutną minę. Spytał, co się stało. 

Wujek Józek odpowiedział, że nie ma czym zwozić ziemi. Szwagier, choć zazwyczaj był mało domyślnym człowiekiem, tym razem zaczął współodczuwać z Józkiem. Był to w gruncie rzeczy mężczyzna o dobrym sercu, a przede wszystkim hojny. Wiedział, że rodzina traktuje Józka jak nieszkodliwego wariata. Było mu żal męża siostry, jedynego zresztą. Pamiętał jeszcze jak za dawnych, młodzieńczych lat wspólnie zakładali na podwórzu pułapki na bezdomne kury. Ileż przy tym było śmiechu. Całe beczki. Ale nic, pożegnali się, zjadłszy kwaśnicę popijaną sokiem z ogórków, do tego wypiwszy wódkę. 

Pewnego upalnego dnia Józek właśnie robił w polu, kiedy zobaczył samochód szwagra wjeżdżający na podwórze. Tak, to był szwagier. Przywitalni się wylewnie, tak wylewnie, że aż lały się łzy. 

– Józku, oto twoje taczki. 

Józek podążył wzrokiem za wyciągniętą triumfalnie ręką szwagra i zajrzał do bagażnika jego auta. Na tle granatowego pluszu siedzeń błyszczały najpiękniejsze taczki, jakie Józek kiedykolwiek widział. Taczki ze złota… 

Józek siedział na rodzinnym przyjęciu. Kuzynka Genowefa szczyciła się mazurkiem, który wczoraj upiekła. Kawałki mazurka znikały szybko w jej otworze gębowym, zmuszane do środka. W pewnej chwili zapytała Józka, kiedy zamierza znaleźć pracę. 

Tu rodzina znacząco spojrzała na Józka. Promień słońca padający przez okno wyostrzył im wszystkim rysy i spływał po nosach, tak że Józek czuł się jak pod ostrzałem, miał wrażenie, że jest celem dwudziestu grotów. 

Cóż miał odpowiedzieć. Pracy dla niego nie było. Było coraz mniej ofert, gdzie wymagano kogoś z taczkami. 

Kuzynka Genowefa ciągle podejrzliwie na niego patrzyła, wciągając ciasto niczym odkurzacz. 

– Ty jeszcze zobaczysz Józek. Doigrasz się – powiedziała na głos, ale w jej myślach słychać było „Ja przynajmniej umiem piec ciasta, nadaję się do czegoś. A założę się, że gdyby ciebie, Józefie, wzięli do marynowania ogórków, spieprzyłbyś sprawę”. 

„Wolę tańczyć mazurka niż go jeść” – pomyślał Józek. 

W tym momencie Genowefa gniewnie odepchnęła się pniastymi łokciami od stołu, a rodzina, która nie chciała wydać się nieposłuszna, podążyła za jej przykładem. Najpierw wszyscy stłoczyli się w sieni, a potem wyszli na dwór. Przechadzali się po ogrodzie, podziwiając kwiaty, tnąc popołudniowe powietrze zachwytami i sugestiami, podczas gdy Józek wewnętrznie się gorączkował. 

Nie mógł przestać myśleć o garażu. O garażu, w którym parę dni temu ukrył swoje złote taczki. Zastanawiał się jak im tam jest, czy nie mają za dużo wilgoci, czy nie jest im za gorąco, itd. Taczki całkowicie pochłaniały jego myśli. Pragnął tylko wyrwać się z żelaznych obręczy rodzinnych uścisków i wskoczyć w odmęty garażu. 

Józek siedział na rodzinnym przyjęciu. Kuzynka Genowefa szczyciła się mazurkiem, który wczoraj upiekła. Kawałki mazurka znikały szybko w jej otworze gębowym, zmuszane do środka. W pewnej chwili zapytała Józka, kiedy zamierza znaleźć pracę. 
– Bo wiesz, Józef. W twoim wieku to już nie tak łatwo – zabulgotała ustami pełnymi ciasta. 
Tu rodzina znacząco spojrzała na Józka. Promień słońca padający przez okno wyostrzył im wszystkim rysy i spływał po nosach, tak że Józek czuł się jak pod ostrzałem, miał wrażenie, że jest celem dwudziestu grotów. 
Cóż miał odpowiedzieć. Pracy dla niego nie było. Było coraz mniej ofert, gdzie wymagano kogoś z taczkami. 
Kuzynka Genowefa ciągle podejrzliwie na niego patrzyła, wciągając ciasto niczym odkurzacz. 
– Ty jeszcze zobaczysz Józek. Doigrasz się – powiedziała na głos, ale w jej myślach słychać było „Ja przynajmniej umiem piec ciasta, nadaję się do czegoś. A założę się, że gdyby ciebie, Józefie, wzięli do marynowania ogórków, spieprzyłbyś sprawę”. 
„Wolę tańczyć mazurka niż go jeść” – pomyślał Józek. 
W tym momencie Genowefa gniewnie odepchnęła się pniastymi łokciami od stołu, a rodzina, która nie chciała wydać się nieposłuszna, podążyła za jej przykładem. Najpierw wszyscy stłoczyli się w sieni, a potem wyszli na dwór. Przechadzali się po ogrodzie, podziwiając kwiaty, tnąc popołudniowe powietrze zachwytami i sugestiami, podczas gdy Józek wewnętrznie się gorączkował. 

Wujek Józek lubił zwozić ziemię. Ale nie miał odpowiedniego ekwipunku. Rodzina nie dała się namówić na kupienie mu jakichś pomocniczych narzędzi, uważali, że wujek Józek i tak sobie folguje, wydając za dużo pieniędzy na, ich zdaniem, niepotrzebne rzeczy. 

– Bo wiesz, Józef. W twoim wieku to już nie tak łatwo – zabulgotała ustami pełnymi ciasta. 

17:21, sleepwalking
Link Dodaj komentarz »