RSS
niedziela, 01 czerwca 2014
Gruba

Była gruba. Nieznośnie gruba. Gdy szła ulicą, zamiatała ludzi swoim szarym płaszczem, a oni z krzykiem znikali z ulicy. Była gruba. Za karę chodziła we włosienicy, chciała ukarać swoje obłe ciało. Była gruba. Nawet nie daliby jej rady zabić.

Próbowała być zakochana. Ale jej nie wychodziło. Nie wytwarzała wystarczająco dużo zakochanych emocji. Może gdyby zakochała się naprawdę, schudłaby? Może codziennie z ukochanym spacerowaliby po przejrzystej rosie, muskając lekko stopami trawę. To byłaby motywacja. Może ten ktoś odblokowałby w niej chęć posiadania mniejszej ilości siebie, aby nie zajmować zbyt dużo powietrza. Żyliby tylko muzyką i poezją.

Ale póki co była gruba. Była gruba jak huba drzewna. Tak mówił jej ojciec, z którym nie za bardzo się dogadywała. Często nie wiedzieli, co mają do siebie mówić. Na przykład ojciec był w kuchni, robiąc kanapki, a ona w pokoju przy książce, dzieliła ich mila ciszy. Mieli swoje światy. Ale zdanie z hubą zapamiętała.

Teraz oto wyszła na spacer. Owinęła się czarnym kaftanem jak zasłoną przed światem. Na dworze padał deszcz i przechodnie mieli problem się nawzajem zobaczyć. Dziękowała Bogu za to. Z nosa skapywały jej zimne krople i wpadały za kołnierz. Pociągała nosem i potykała się o płyty chodnikowe.

Za rogiem zobaczyła kawiarnię. W jej oknie stał jeden lampion, który oświetlał ponure, pociemniałe od deszczu wnętrze. Zapukała w drzwi, choć wiedziała, że nikt tak nie robi. Otworzyła zdumiona kelnerka i spytała, czemu nie wchodzi, jest otwarte. Weszła. Przy stołach siedzieli kanciaści mężczyźni. Palili papierosy i czytali szeleszczące gazety. Wymieniali się rzeczowymi, zrównoważonymi uwagami z siedzącymi obok. Wyglądali na takich, którzy mieli porządne żony w domach, kredyty w bankach i schludnie przystrzyżone trawniki. Gdy weszła, spojrzeli na nią prostokątnymi oczami ukrytymi pod rondami szarych, urzędowych kapeluszy.  Wtedy pojęła, że jest ich marzeniem. Była tym, czego ich szczupłe, zadbane żony nie mogły im dać. Chcieli zedrzeć z niej ubranie i napawać się każdym kilometrem kwadratowym jej ciała. Najchętniej smakowaliby ją długo i namiętnie, dając wytchnienie swoim  napęczniałym penisom. Nawet nie zdjęliby szarych ubrań.

Wiedziała jednak, że nigdy nie odważą się tego zrobić. Była Grubą, a oni musieli zachowywać pozory zadowolenia ze swojego świata.  Zamknęła kamienne drzwi kawiarni i poszła dalej. Deszcz lał teraz jak z cebra. Mimo to na pobliskim osiedlu zobaczyła zgraję dzieciaków na trzepaku. Wyginały się, robiły fikołki, wszystko byleby nie dogoniła ich życiowa rutyna.

- Co robicie? – spytała.

-A co cię to obchodzi?

- Tak pytam.

- Bawimy się w cyrk. To jest trapez. A potem będziemy topić muchy w kałużach.

- Świetnie. Mogę wam jeszcze powymyślać parę zabaw. Pamiętam je z mojego dzieciństwa.

- Serio?

Zobaczyła błysk ekscytacji w ich oczach. Palił się przez kilka sekund, ale zaraz zgasł.

- Nie, dzięki. Poradzimy sobie.

Wiedziała, że to z powodu jej wyglądu. Domyślała się też jednak, że były w głębi duszy ciekawe jak Gruba, z jej ciałem, może się bawić. Chciałyby zobaczyć ją w akcji, ale konwencja odrazy musiała zwyciężyć. Została im wpojona przez rodziców.

Zrezygnowana poszła do domu. Znalazła kabel od żelazka i powiesiła się.

Mieszkańcy miasteczka jeszcze długo potem czuli, że czegoś brakuje im w powietrzu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

11:15, sleepwalking
Link Dodaj komentarz »
Wesele

Deptali drewniakami po całym parkiecie. Wyważali stopami drzwi obory. Za oknem malowała się zastygła noc i piasek wsypywał się do izby. Józek poprosił Anielę do tańca, a ta owinęła go swoją czerwoną kokardą aż tańcowali do późnej północy. W ślad za nimi goście i biesiadnicy pary młodej. Para młoda jak utkana na płótnie i rozciągnięta na krosnach. Panna młoda z osłupiałą miną. Wójt aż się zdziwił, ze młodzi nie tańczą. Ale oni wiedzieli cos, czego on nigdy nie pojmie. Czekaja ich długie lata powolnej udręki, taplania się w zaschłym błocie. Jeszcze dziś mogą odetchnąć, nie tańczyć tak, jak orkiestra im zagra. Panna młoda pamiętała tylko tyle, że zbierała dziurawiec, kiedy przyszły pan młody zagaił ją na łące. Właściwie niewiele do niego czuła, ale jakoś tak od słowa do słowa i zgadali się… a dzisiaj ślub. W końcu powiódł ją na deski. Sztywny warkocz kołysał jej się pod pachą. Tupała butami jak w pochodzie pierwszomajowym. Matka jej nie nauczyła jak to się robi, podobnie jak nie wyjaśniła jej nocy poślubnej. Dziewczyna wiedziała tylko, ze potem obydwoje maja być sami w pokoju.

Nagle do izby wpadł posłaniec. Trzymał w ręku białą kartę i obwieścił, ze nadeszła wojna. Wszyscy zamarli. Wójt wiedział, ze będzie musiał wziąć w niej udział. Był patriotą, chodził co niedzielę do kościoła, co miesiąc wydawał u siebie uczty dla mnóstwa gości. Już popatrzył na żonę, a ona z niezadowoloną miną skinęła głową. Kowal był liberałem. Miał dylemat, nie wiedział, czy wybrać się na wojnę, czy nie. Niby nikt od niego tego nie oczekiwał, ale w duchu zdawał sobie sprawę, ze powinien pójść. Panna młoda przestraszyła się tego, ze się nie przestraszyła. Powinno jej zależeć, aby mąż nie wyjechał się bić. Ale jej było wszystko jedno. Miała w rodzinie tradycje niepodległościowe, choć ze strony ojca dało się naliczyć paru niebieskich ptaków. Ona sama stała pośrodku. Nie wiedziała, co ma o tych sprawach sądzić. Tkwiła na parkiecie i niezręcznie wierciła butem w desce.

 

 

11:11, sleepwalking
Link Dodaj komentarz »