RSS
wtorek, 18 czerwca 2013
sad

Pod folią w duchocie podlewam pomidory. Potem idę do ogórków i chlustam je z góry konewką.Chciwie piją wodę, bo dawno już nie jej nie zaznały.Słońce świeci mocno, jest jak rozpalona żółta moneta. Siadam na plastikowym krześle i otwieram laptopa. Pies kręci się niespokojnie, ma język wywieszony od upału. Nad głową słychać szum i bez zadzierania głowy wiadomo, że to kolejny samolot. Wyobrażam sobie jakb to było mieć gospodarstwo, codziennie wstawać o brzasku i dbać samemu o własny byt. Doić krowy, dawać jeść świniom, zbierać jajka od kur. Wszystko byly by nie ten bezruch, który trwa już od kilku lat. Moj umysł był przeznaczony do innych celów, nie do gospodarstwa, ale inne cele się nie pojawiają.Mózg goni własny ogon i wysusza si na popiół.Ciało jest zastane od nieróbstwa. Czy gdybym sama robiła sery i piekła chleb to poczucie bezsensu skończyłoby się?

Siedzę na krześle, bębniąc w klawiaturę, gdy pojawia się samochód. Jakiś nieznajomy. Pcha przed sobą chmurę kurzu z wąskiej piaszczystej drogi.Zajeżdża na podwórze i wysiada wujek Klemens z ciocią Rozalią. W upale wszyscy się witamy: oni, ja, matka i ojciec.Wchodzą do srodka i po chwili razem z matką znosimy na stół, co tam dobrego jest w domu, rozpoczyna się uczta. 

15:44, sleepwalking
Link Dodaj komentarz »