RSS
sobota, 12 maja 2012
Groza istnienia

 

Stali w nieruchomym powietrzu. Między koniuszkami ich palców przelatywały iskry, ale nic z tego więcej nie wynikało.

 

Zostali sami, reszta się ulotniła po tym jak poznała smak Nowego.

 

Wybrali się na piknik wszyscy razem rano, a teraz byli porozrzucani po całym osiedlu jak krnąbrne dzieci.

 

Zabawa zapowiadała się przednio. Nabrali koszyków , łakoci, balonów i własnych uśmiechów.

 

Zlewali się swoją radością z zielenią lasu, kiedy podskakiwali na drodze.

 

A wtedy nagle, w środku dnia, poczuli TO.

 

W pewnym momencie zdali sobie sprawę z tego, że ich głowy są każda z osobna wyodrębnione z powietrza, a jego cząsteczki przelewają się luźno między ich oddzielonymi od siebie ciałami.

 

I cokolwiek każdy z nich by powiedział, nikło w ciszy, zostawało natychmiast wsysane w pustkę.

 

Zabawa pomału rozwalała się, rozrywała na kawałki. Jeszcze ktoś tam kogoś próbował brać na barana, jeszcze ktoś tam próbował śmiać się odrobinę dłużej niż to było konieczne, ale właściwie ich egzystencja nie dawała już żadnego odzewu.

 

Rozeszli się smutnie, niewyraźnie przekonani, że coś na zawsze utracili.

 

Pozostało tylko tych dwoje. Wciąż jeszcze obolali nagłą stłuczką z rzeczywistością. Może jednak uda im się ocalić jakieś odłamki, poskładać coś…

Między koniuszkami ich palców przelatywały iskry, ale były to tylko iskry ich własnych życzeń.

 

21:14, sleepwalking
Link Dodaj komentarz »
***

 

Las, gęsty las, żadnych nowin.

 

Czekała na niego. Na darmo. Pogrążała łzawe oczy w błotnistym deszczu łez. Ale on znalazł już sobie kogoś nowego.

Pamiętała ich zaręczyny. Dawał jej złoty pierścionek z różowym kamykiem. Wymieniali przyrzeczenia. Teraz go nie było.

Zniknął z wiatrem, tak samo jak przyszedł. A ona nie potrafiła wybaczyć.

Mimo to czekała, absurdalnie. Wiedziała, że to nierealne, on nie zamierza wrócić.

Naokoło noc dawała już o sobie znać. Spadała kryształami lepkiego deszczu wokół jej postaci. Ciemność szeleściła w drzewach.

Uczynił z jej serca wydmuszkę. Nie chciała nic pamiętać, ale było to niemożliwe. Gdyby mogła, poprosiłaby Ptaka Darmozjada o to, żeby zjadł jej umysł, ale Ptak krążył teraz w odległych krainach.

Pozostawało jeszcze wypić czarny nektar. Jednak to łączyło się z męczarniami, a ona tego nie chciała. Dość już przeżyła w ostatnich miesiącach, czekając na niego.

W dali zobaczyło migające światło.

Czy możliwe, że to on?

Wiedziała , ze światło mogło zwiastować Rycerzy Świtu. Ale przecież istniało wielu Rycerzy Świtu.

Ujrzała w dali powiewającą chorągwię. Jeszcze chwila i zobaczy, kto zmierza w jej stronę.

 

Z początku smuga jasnego światła zasłaniała twarz przybysza.

Słyszała już blisko stukot kopyt. Zbliżał się coraz bardziej. Był tuż tuż. Wtem rozjarzyła się stalowa zbroja, i jej serce przeniknęła nadzieja.

Przybysz zdjął z głowy hełm.

To był Romuald.

Jego przyjaciel.

– Witaj – odezwał się swym tubalnym głosem, siedząc dalej na koniu.

– On nie żyje. Zmarł w jej ramionach. Był chory.

Poczuła jak jej serce się kurczy. Cały czas brała za oczywiste to, że on gdzieś tam jest, u boku kogoś innego, ale zawsze gotowy, aby mogła dotknąć go swoimi marzeniami. Teraz została z niczym

Osłabła i wsparła się na ramieniu Romualda. Ten wsadził ją na swego konia i odjechali w stronę wioski. Powoli zasłoniły ich rozłożyste paprocie i drzewa.

21:07, sleepwalking
Link Dodaj komentarz »