RSS
niedziela, 31 marca 2013
Garnisz Partenkinsien.

Wjeżdżali do góry na rowerach. Stok był ośnieżony i dość śliski, niebezpieczny. Lucinda dawno już nie jeździła. Wczoraj poszli na lodowisko i tam, owszem, czuła się dobrze, robiąc piruety, kręcąc młynki i skacząc do góry. Ale Robertowi ię to nie podobało. Przewracał się, daremno próbując utrzymać równowagę. Był mocno zbudowany, z masywnym tułowiem, lodowisko nie było jego terenem. Wolał zarzucać liny, cucić ludzi, wspinać się, pokonywać strome zbocza na rowerze górskim.

Lucinda zgodziła się na tę wyprawę, bo nie miała tak naprawdę co robić. Koleżanki zapraszały ją na tańce, na drinki, przy jej drzwiach kręcił się spory tłumek wielbicieli. Ale ona  chciała wyjechać z Robertem. Właściwie nazywał się Roman, ale nie lubił, kiedy tak do niego mówiono.

Garnisz Partenkinsien było wieczorem otulone mgłą i osmolone śniegiem gęstym jak pierzyna olbrzyma. Świerki na mocnym wietrze skrzeczały na jedną nutę i przekrzywiały się zdradliwie, nie dając zaczepienia ptakom. Lucinda podkochiwała się w Robercie/Romanie. Imponował jej swoją siłą i żwawością. Lubiła dotykać jego suchej ręki i czuć, że on może ją wciągnąć na każdą wysokość, niczym kukłę. Do Garnisz Partenkinsien sprowadził się ze swoimi rodzicami parę lat temu. Od razu zapisał się do klubu wspinaczkowego. Wiedział, że jego miejsce jest w górze, pośród ośnieżonych szczytów. Lucinda za to była praczką. Prała galoty alpinistom i śmiałkom-amatorom. Sama nieraz marzyła o wejściu na jakiś szczyt, ale nie miała na tyle odwagi.

 Matka powtarzała jej : „Lucinda, musisz przestać prać majty i w końcu sama wejść na jakiś szczyt”. Ale Lucinda się bała. Pralnia była bezpiecznym miejscem. Brud, para, woda tworzyły dobrotliwy nawias życia, w którym mogła się skryć.

 Przez pewien czas oddawała się alpinistom, żeby wzięli ją ze sobą, ale oni albo się wstydzili towarzyszki-praczki albo obawiali się, że niedoświadczona dziewczyna na górze stwarzać będzie tylko kłopot. Więc Lucinda smutniała w oczach z dnia na dzień.

Aż wtedy pojawił się Robert/Roman. Od zawsze podobały mu się praczki i chciał zdobyć jakąś górską towarzyszkę, która będzie dodawać mu otuchy. Nauczył ją korzysta c ze sprzętu i pokazał jak ma prać jego galoty. Lucinda się nie sprzeciwiała, bo to w końcu był jej zawód.

Teraz oto szli spoceni i zadyszani, a w dole leżało zasnute mgłami, niby oblane mlekiem Garnisz Partenkinsien. Powietrze było rześkie jak szpitalny lizol zmieszany z płynem do kosiarek. Lucinda się zachwyciła. To jej pierwsza w życiu przygoda. Do tej pory siedziała tylko w brudnej pralni, a jej ręce wyschły od wody.

21:01, sleepwalking
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 marca 2013
***

Just playing on the piano.No longer satisfied with my life. Growing impatient. Growing restless. How come I have gotten here. I find myself without friends, on the dump heap of life. Hold my hand. Be my friend. Play some blues, baby, oh yeah. Grown accustomed to the misty life. But waiting for something more. Just make that happen. 'Though we are hidden in the enchanted forest I hope we'll get out of here and get married. We got there because of the bad wizard, but now we will break free thanks to our love.

21:31, sleepwalking
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 marca 2013
Konfikt

 

Poharatane, nędzne życie. Wracała już tyle razy, a ciągle to samo. Nie rozumieli się, a czuła, że to ona pogarsza całą sytuację. Nie była taka jak inne kobiety. Gdyby tak było, może Adam bardziej by ją kochał. Nie czytała artykułów o podwyżkach podatków, nie śledziła najnowszych trendów mody i nie umiała wybrać odpowiedniego kredytu. Wiedziała, że wszystko było jej winą. Ostatnio kłócili się o przeróżne rzeczy. Nawet o to, że szminkę miała źle dopasowaną.

Mówił jej, że jest egoistką. Że nawet psem nie umie się zająć. I miał rację. Nie potrafiłaby zająć się nawet muchą. Ale czuła, że nie sama doprowadziła do tego stanu rzeczy. On wyciągnął ją z rynsztoka, zapewnił dach nad głową, zapisał na kurs dla sekretarek. Praktycznie wzorem jaskiniowca przerzucił ją sobie przez ramię, dał w dupę i nakazał żyć. Ale ciężko jest nauczyć się żyć z dnia na dzień, jeśli nie żyło się przez tyle lat.

Ciągle miała wrażenie, że otacza ją swego rodzaju mgła. Niby wiedziała w głębi duszy jak należy postępować, ale zawsze jakiś chochlik w głowie mówił jej, że może inaczej też się uda. Możliwe, że to było zwykłe lenistwo. Tam, w  rynsztoku, wszystko zasnute było fioletowymi oparami, nie musiała za bardzo wysilać myśli, zawsze jakiś przechodzień rzucił jakąś starą bułkę albo parę złotych. Teraz musiała mierzyć się ze światem.

Usłyszała trzask drzwi i wiedziała, że wrócił do domu. Powietrze przecięły jego rozważne, logiczne rysy twarzy.

- Czemu poniżasz mnie przed naszymi znajomymi? – zapytał podniesionym głosem.

- Nie rozumiem, o co ci chodzi.

- Wczoraj na imprezie. Nie udawaj.

- Ale ja naprawdę nie…             

- Opowiadałem wszystkim o naszym pobycie w Paryżu. O tym jak razem podziwialiśmy Wieżę Eiffle’a. A ty nic … zupełnie nic!!!

A no tak, ledwo przypominała sobie ten moment wczoraj wieczorem. Dlatego, że jej kojarzył się jedynie z przelotnym obrazem w głowie. Kiedy Adam wspomniał w gronie znajomych o Paryżu i Wieży, jej przez myśl przemknęła paryska uliczna kwiaciarka. Miała zmarznięte palce ,a na głowie wianek z różowych astrów. Jej przysadziste dłonie chwytały kwiaty, jakby to były sztuki wołowiny.

 

Wiedziała, że wczoraj to był błąd. Błąd, który tylko pogorszył sprawę. Napięcie bowiem zaczynało opanowywać ich dom już od zeszłej środy, kiedy wypuściła papugę z klatki. Adam wrócił z pracy i zobaczył papugę latającą po salonie. Nie wytrzymał i wydobył z gardła całą parę, która gromadziła się tam od kilku dobrych miesięcy. Papuga była po operacji. Zabronione było wypuszczanie jej z klatki przez co najmniej tydzień, a ona…

 

- Zabiję się, zobaczysz! – wykrzyknęła teraz. – Zabiję się i będziesz miał w końcu spokój.

- Przestań!

Stali naprzeciwko siebie i obserwowali się w milczeniu. Dwoje obcych sobie ludzi. Obcych, ale jednak bliskich. Gdyby nie on, nie zarejestrowałaby się w ogóle w rzeczywistości. Nie byłoby jej. Wiedziała, że nigdy by nie spełni swojej groźby. Rację miał Adam. Należało dalej żyć.

 

19:43, sleepwalking
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 marca 2013
***

Wieszała czarne sznury na dworze. Niedługo miało na nich zawisnąć pranie. Niebo się chmurzyło. Latał wokół niej podłużny ptak.. Czekała na wojsko. Oczami wyobraźni widziała już jak maszeruje równo, znacząc szarą marszrutę. Kapral Zaiks powie jej, że Chryzantem umarł. Ale to nieważne.

Wieszała pranie. Na sznurach osiadały kawały pyłu wulkanicznego po niedawnym wybuchu. A ona stała z nogą zanurzoną we wiadrze, dla ochłody. Mlecze były już szare od pyłu, ale i tak ich główki uśmiechały się do niej, dodając jej odwagi. Chryzantem wróci, zdawały się mówić. Wróci i porwie cię w ramiona. Zbudujecie dom z ociosanych gałęzi sosny i spłodzicie ośmioro ociosanych dzieci.

Poślizgnęła się o mokrą kosodrzewinę. To ją przywołało do rzeczywistości. Chryzantema nie było i wątpliwe jest, że wróci z wojny. Wojna trwała już od wielu lat. Zginęło wielu ludzi i wiele zboża zostało ściętego, by wyżywić armie.  Czarne cienie wojsk przesuwały się jak ciemna szarańcza po mrocznych gościńcach i parowach.

Ale to denerwujące bzyczenie. To ciągłe syczenie w uszach. To matka nawoływała z domu, żeby zrobiła sernik, sernik dla kowala, w nagrodę za podkucie konia. Już idę, zawołała. Ale nie, to matce nie wystarczało. Syczała dalej: Stoisz tam i rozmyślasz, zajmij się czymś pożytecznym. Masa serowa już gotowa.

Chciała jeszcze postać wśród opadających płatków wulkanicznego pyłu i pomyśleć o Chryzantemie, ale w środku głowy słyszała niczym rzężenie tępej piły natrętny głos matki.

Musi się spieszyć z tym sernikiem. Niedługo zamkną granice wioski i kowal się nie wydostanie. Tak, odcinali ich od świata, bo mężczyźni sprzeciwili się rządom Szaławiły.

Szaławiła mącił wichry i topił stal. Chciał podporządkować wszystkie wioski sobie. Mężczyźni wystąpili przeciw niemu. Odeszli na wojnę w dalekie krainy. A on zemścił się na wiosce. Rozsadził wulkan i zasnuł niebo chmurami. Kazał ptakom obgryźć wszystkie owoce z drzew.

 

19:53, sleepwalking
Link Dodaj komentarz »
***

Czarny świt za oknem. Ojciec na kanapie, matka też. Rozłożyste liście klonu łaskoczą mury domu. Wyjść nie ma gdzie. Obraz nędzy i rozpaczy. Teflonowe drzwiczki szamoczą się na wietrze, niedomknięte. Rozdrapać rany. Zrobić co, co zachwyca, dać czadu. Na wzgórzu ciemny bór zasypia. Drzewa tam szumią zdradliwie. Może gdzieś w głębi ukryła się wróżka, która kłamie. Nie rozpościerajcie tu skrzydeł czarnego ptaka. To miejsce na odpust, to miejsce na szyderstwo ludu. Nie dajcie się zwieść. O La la. Nie wiadomo, co się stanie, jeśli na tym poprzestaniemy… albo nie. Wyrównany gościniec. Za bardzo wyrównany. Prowadzący donikąd. Siwe czaple słaniające się na zakurzonej drodze. Czemu wróciłeś? Ja już nic nie mogę Ci dać. Jest tylko pustka. Pustka i ciągły remont. Ciągłe oglądanie kwiatków o poranku z kubkiem kawy w ręku. Ale bez ciebie. Słoneczniki pokazują blade, sztywne twarze bez serca, nie chcą słuchać moich narzekać. Odczepcie się. To tynk flisowy, wiem, ale nie chcę już was słuchać. Chcę się wyrwać, gdziekolwiek. A tymczasem klon i ciemny chrobot za oknem. Gdzie się podziała Catherine Earnshaw? Gdzie ona jest? Podążyła za Heathcliffem? Mam nadzieję że tak. Jutro przejdę się na zamek. Może wśród bukowych lasów znajdę drogę do świętego schowka. A ty mnie tam znajdziesz. Krasnoludy ukryły tam złoto i pleśń. Tylko my możemy się o tym dowiedzieć. Nikt więcej. Targamy więc skarb ku morzu. Nad falami taszczą się, skrzecząc, brunatne mewy. To prezent dla mnie? Mogę wszystko wziąć dla siebie? Bijemy się o skarb. Ty też chcesz część. Potem wpadasz do wody, a ciemne kałamarnice polewają ci atramentem twarz. Mój kochany. Mój drogi, jakże mi cię żal. Spotkamy się w następnym życiu.

19:38, sleepwalking
Link Dodaj komentarz »